“Ała!” – czy depilacja woskiem musi boleć?

depilacja woskiem

Poznajcie moją historię

Cześć, mam na imię Baśka i chciałabym Wam opowiedzieć moją historię. Wiem, że brzmię jak uczestnik grupy wsparcia, ale co mi tam! Dorastałam w czasach, kiedy największym obciachem było mieć owłosione ciało. Może dlatego, że większość pamiętała jeszcze gwiazdy lat 80. z owłosionymi pachami, łypiące z okładek magazynów dla kobiet. Kiedyś włosy tu i ówdzie nie były powodem do wstydu ani tym bardziej do depilacji. W dzieciństwie, pamiętam, każda ciotka miała włosy na nogach, czy to latem, zimą, wiosną i jesienią, czy nogi gołe, czy w rajstopach 15 DEN… Ot, takie to były czasy. Dlatego moje czasy licealne i przedlicealne wspominam jako okres, kiedy obciachem było mieć owłosione nogi czy pachy. Każda z nas zaopatrywała się w maszynkę i 500 ml pianki do golenia, żeby (w wersji optymistycznej) co dwa dni usunąć sobie, pod prysznicem albo z nogą zadartą na wannę to, co usunąć trzeba było. Szczególnie jak na drugi dzień zapowiadał się WF, basen albo wyjście do kina w mini spódniczce. To była męczarnia. Poza koniecznością powtórzenia połowy działu z chemii organicznej przed snem, trzeba było pamiętać o depilacji.

 

Czas płynął, a ja nadal wpisywałam na listę zakupów “maszynka i pianka do golenia”

Niewiele zmieniło się, kiedy poszłam na studia. Niewiele, przynajmniej w temacie depilacji, kiedy je skończyłam i zaczęłam pierwszą pracę. A, nie! Wtedy zmieniło się jedno – miałam o połowę mniej czasu na wiele rzeczy, a już najmniej rano na ,,niby szybką” depilację pod prysznicem. Zaliczyłam kilka wpadek: raz okazało się, że mam kompletnie tępą maszynkę i przy 30 st. C musiałam pomykać po mieście w długich spodniach, raz zacięłam się maszynką tak nieopatrznie, że rana goiła się kilka tygodni, a ja musiałam zrezygnować z hotelowego basenu i sauny w wypasionym kurorcie na jednej z Greckich wysp. Największy obciach jaki zaliczyłam to randka z facetem i jego dłonie muskające moje gołe nogi z odrastającą szczecinką w kameralnej sali kinowej. Nie muszę dodawać, że to był jeden jedyny film z tym facetem na jakim byłam w kinie. Słowem – depilacja to był zawsze problem, który nawracał jak sny o spadaniu.

 

Pomyślałam sobie – zrobię coś szalonego. No i zrobiłam…

Pewnego dnia, to był piątek, jak dziś pamiętam, wracałam z pracy i gdzieś między Chmielną a Nowym Światem dorwał mnie neon jednej z drogerii – zachęcał promocjami i innymi takimi sztuczkami. Weszłam. Pomiędzy szamponem do włosów w niesamowitej promocji, a nową paletką cieni do powiek, wrzuciłam do koszyka pudełko z woskiem do domowej depilacji. Pomyślałam sobie: “Baśka, to twoja życiowa szansa na 2 tygodnie bez włosów pod pachą!”. Weekend zaczęłam leniwie, w sobotę rano przyjechała do mnie moja przyjaciółka i od słowa do słowa zwierzyłam się jej z mojego planu na przedpołudniowe rytuały urodowe: “Nina, zrobię sobie wosk, wydepiluję pachy!”. Entuzjazm mojej przyjaciółki był umiarkowany i odczytałam go raczej jako zwykłe podejście do prozaicznego tematu. Zniknęłam na moment w łazience. Po przeczytaniu 2 metrów rozwijanej instrukcji “jak użyć wosku i jak go nie używać” przykleiłam pasek pod jedną i drugą pachą. “Potrzyj kilka sekund, by pasek przywarł” – ok, “energicznym ruchem zerwij pasek” – ok. Widzieliście kiedyś gwiazdy? I nie pytam się durnowato o obserwacje nieba w muzeum astronomii w Chorzowie, ale o gwiazdy widziane z powodu bólu egzystencji i zrywania pasków z woskiem spod pach? Nie? To ja widziałam. Niestety… Została jeszcze jedna pacha i jeszcze jeden pasek. Musiałam bardzo krzyczeć. Bardzo, bo Nina przyleciała pod drzwi łazienki i z paniką dopytywała co się dzieje. Z paskiem wosku pod drugą pachą pochodziłam sobie od 12 w sobotę do samego wieczora. Musiałyśmy wypić trochę wina, żebym mogła odważyć się i usunąć wosk spod drugiej pachy. Nigdy więcej wosku, tak wtedy pomyślałam.

 

Ponoć promocje skuszą każdego, każdego tylko nie mnie! Chociaż… Może jednak… No niech będzie… Mnie trochę też

Po przygodzie z domowym harakiri woskiem długo, długo nie szukałam alternatywy dla maszynki. Krótki romans z kremem do depilacji, który uczulił mnie tak, że wyglądałam jakbym wdepnęła w ul, w ul, łydką… Znowu depilowałam się tak jak za starych dobrych czasów. Pewnego dnia moja znajoma z nowej pracy zaproponowała mi wspólne babskie wyjście do fryzjera i na depilację. Że do fryzjera, to dla mnie OK, ale depilację odrzuciłam już na stracie, tłumacząc, że nie wiem, że chyba nie bardzo, że może zrobię sobie laser. Szukałam wymówki, bo wyraźnie zaznaczyła, że chodzi o wosk. Była na tyle zdeterminowana, że szybko łypnęła okiem na moje niekoniecznie świeżo wydepilowane nogi, które ukrywałam pod dłuższą spódnicą i wyższymi butami z cholewką. “UUU… koleżanko! Raz, że włosy marne na laser – za jasne i szkoda kasy. Poczekaj do soboty, włosy odrosną i idziemy na depilację woskiem razem! Z rabatem! -50 proc. jak przyprowadzę koleżankę. Jesteś idealną kandydatką. Idziemy!”

 

Sobota. 12.30. Egzekucja bez umawiania

Wydawało mi się, że mogę tego nie przeżyć. Panikowałam, wiem, ale panicznie bałam się, że depilacja będzie bolała tak samo, jak mój eksperyment sprzed lat, ten z paskiem pod pachą. Dzień wcześniej wyczytałam na stronie salonu, do którego szłyśmy z Ewą, jak przygotować się do zabiegu: włos miałam długi, ponad 0,5 cm, dzień cyklu się zgadzał, będzie ponoć mniej niekomfortowo, skóra po peelingu, zawsze dbam o nawilżenie, więc jędrna i gładka. Nic tylko rwać kłaka. O 12.30 byłyśmy już w salonie i moja koleżanka rejestrowała nas na zabieg. Szybko wypełniłyśmy krótką zgodę na zabieg i pomyślałam, że skoro już mam kartę lojalnościową, to chyba mogę uciekać zanim zaproszą mnie do boksu zabiegowego. Mój wewnętrzny tchórz podpowiadał mi: “Zdążysz Baśka, zdążysz, tylko nie czekaj i nogi za pas”. Nagle drzwi boksu zabiegowego otworzyły się i wyszedł z niego bardzo, ale to bardzo przystojny facet. Ideał. Taki, który mógłby mnie woskować do upadłego. Podszedł do recepcji, wyciągnął kartę, zapłacił i uśmiechając się do nas wyszedł z salonu.

Poczułam się nagle jak mamut. Owłosiony orangutan. Natychmiast przeanalizowałam prawdopodobny wygląd jego ciała – gładki tors, plecy, pachy ze stanem obecnym moich nóg, bikini, pach i rąk… “Nie Baśka, no nie ma, że boli”. Weszłam do boksu. Rozebrałam się, wystawiłam nogi i mówię: “Niech Pani robi swoje, proszę rwać na całego, ja sobie najwyżej pokrzyczę”. Zanim zdążyłam pomyśleć zrobiło się miło. W tle uspokajała mnie muzyka, za ścianą było cicho, więc Ewka dzielnie znosiła depilację, a zabieg zanim się zaczął, to już się skończył. Nie było jak w niebie, na pewno, ale nie było też tak strasznie, jak tej pamiętnej soboty z kilkugodzinną przeprawą  z paskiem wosku pod pachą.

Jak sobie poradziłam z moją fobią? Jak się nastawisz, że boli, to boli. Jak masz za długie włosy, nie ten dzień cyklu, to będzie niemiło, jak masz motywację, to nie ma czegoś takiego jak ból. W końcu nie Ty jedna to robisz! A teraz? Mam już 2 tydzień spokoju, bez maszynki i pianki, a za kolejne 2 idę na następną depilację. Może znowu spotkam tego faceta z gładką klatą? 🙂

Komentarze

komentarzy